Bez kategorii

me, myself and I

Do tej pory jakoś radziłam sobie z tym całym “blogowaniem”. Zrobić fotki? Nie ma problemu – wszelkie murki, stojaki, L.C. i jakoś to było. Rozebrać się na mrozie? Też przeżyję – szybkie pozy, kilka zbliżeń, kurtka, czapa i do domu. Post w głowie już dawno ułożony, tylko go ładnie ubrać w słowa i gotowe. Niestety dziś zaliczyłam kompletną “załamkę”. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie – w pracy do 15.30 więc “tempo” póki jest jasno, fotografa brak, więc trzeba było kombinować samemu z aparatem. Do tego przenikający mróz, przylizana grzywka, głód skręcający żołądek do bólu, półgodzinne, bezskuteczne łączenie się z “jedynym ratunkiem” czyli mamą, ucinający głowę aparat, rozpraszający robotnicy noszący meble, ….mogłabym tak jeszcze długo.
Okazuje się, że blogerski fach wymaga czasami więcej poświęcenia i determinacji niż nam się początkowo wydaje. Dlatego tak bardzo zaczęłam cenić tzw “serce” w tej robocie bo przekonałam się, że sama “moda” to jeszcze nie wszystko 🙂
sweter – House
szorty – Stradivarius
torba – Reserved
koszula – Pull&Bear
komin – n/n

28 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *